Opole.Celniej.pl - Winem rozsławi Górny Śląsk

Winem rozsławi Górny Śląsk

Trzy lata od zasadzenia winnicy, w drugim roku owocowania, w Paczkowie nadszedł czas, aby spróbować własnego wina.

Tej jesieni w winnicy zbiorą owoce z 20 tysięcy krzewów kilkunastu różnych odmian, po połowie, czerwonych i białych.

- W ubiegłym roku wyręczyły nas szpaki, które wydziobały większość winogron - śmieje się Marcin Biernacki, właściciel pierwszej na Opolszczyźnie winnicy. - W tym roku będziemy już ptaki płoszyć. Mam nadzieję na tyle skutecznie, że wystarczy owoców choć na zrobienie prób z produkcją wina.

Według szacunków Polskiego Instytutu Winorośli i Wina, w całej Polsce jest ok. 250 winnic, przeciętnie hektarowych. 5-hektarowa winnica w Paczkowie należy do jednych z większych. Największa jest winnica pod Wrocławiem, która ma 20 hektarów powierzchni.

- Nie mamy ścisłych danych statystycznych, bo nikt obecnie nie rejestruje winnic - przyznaje Marek Jarosz z Polskiego Instytutu Winorośli i Wina. - Organizujemy niebawem III ogólnopolski konwent winiarzy, na którym spodziewamy się także ludzi z Opolszczyzny. Macie przecież bardzo dobre tereny pod uprawę winorośli.
W lipcu Sejm zmienił ustawę o akcyzie i o produkcji wina. Nowe przepisy w założeniu mają uprościć państwowy nadzór nad wytwarzaniem tego napoju. Liczba państwowych instytucji, kontrolujących proces uprawy, a potem produkcji i sprzedaży wina, spadła do… pięciu. Być może jeszcze w przyszłym roku winnice, które pomyślnie przejdą proces rejestracji i kontroli, będą mogły legalnie sprzedawać swoje wyroby w sklepach. Do tej pory winiarze zgodnie twierdzą, że swoją produkcję wypijają sami albo częstują swoich gości.

Marcin Biernacki nie nastawia się na zyski. Wystarczy mu, jeśli winnica za jakiś czas zacznie na siebie zarabiać. W jego gospodarstwie brakuje jeszcze kompletnej aparatury do wyrobu wina, beczek, wszystkich narzędzi do uprawiania krzewów. Właścicielowi z trudem udało się znaleźć hobbystę - pasjonata. Partnera, który pomoże pokierować plantacją. Z trudem skompletował też zespół fachowców do produkcji wina.

- Jeżdżąc po Prowansji i oglądając wspaniałe winnice, wydawało mi się, że ich uprawa nie jest tak skomplikowana - Marcin Biernacki przyznaje, że nową działalność zaczął nie bardzo świadomy, jakie trudy się z tym łączą. - Winnica uczy pokory. Dopiero po tych zbiorach będziemy trochę mądrzejsi. Jeśli nasze próby z winem okażą się niepomyślne, trzeba będzie wymienić część roślin. Podobno lepiej na korzeniu, który ma już 3 lata, posadzić nową roślinę, niż wykarczować korzeń i sadzić od nowa.

- Winiarze są uparci - komentuje Marek Jarosz. - Nie spotkałem jeszcze kogoś, kto by się zniechęcił i zrezygnował. Odwrotnie, są prawdziwi zapaleńcy, którzy z uporem uprawiają winorośl nawet w miejscach, które temu nie sprzyjają. Np. winnica Kinga koło Nowej Soli leży na wałach Odry. W czasie ostatniej powodzi były tam 2 metry wody, wszystkie krzewy trzeba było wymienić. Ale jej właściciele nie rezygnują.

- Jeszcze nie potrafię powiedzieć, czy wino trafi do normalnej sprzedaży - mówi Marcin Biernacki. - Rozmawiałem z paroma polskimi restauratorami, którzy bardzo chcieliby mieć w sprzedaży polskie wino. Przypuszczają, że rodzima produkcja może być dodatkowym atutem wobec gości.

Docelowo chcemy, żeby 30 procent sprzedawanego w Polsce wina pochodziło z miejscowej produkcji - mówi Marek Jarosz. - W Czechach miejscowe wino stanowi 70 procent rynku.

Zwycięstwo nostalgii Biernacki to warszawiak od pokoleń. Były zawodnik wyścigowy, konstruktor z zamiłowania, właściciel warszawskiej firmy produkującej niegdyś samoloty rekreacyjne. W bujnym życiorysie ma nawet przygodę z telewizją, dla której przygotowywał programy popularnonaukowe. Na początku lat 90. kupił na obrzeżach Paczkowa XIX-wieczny opuszczony pałacyk. Po wojnie był to dom wczasowy, a potem przedszkole miejskie. W latach 90. zaniedbany budynek zaczął niszczeć. Dobrali się do niego miejscowi pijaczkowie, urządzając w centralnym salonie ognisko. Ówczesny burmistrz miasta zdecydował się wystawić posesję na sprzedaż. Przypadkowo dowiedział się o tym w Warszawie Marcin Biernacki.

- Przyjechałem, zobaczyłem, kupiłem - opowiada. - Poddałem się nostalgii, bo to nie był mój pierwszy kontakt z Paczkowem. Jako 3- letni chłopiec byłem tu w 1946 na wakacjach. Bliski kolega mojego ojca, przedwojenny oficer i szef garnizonu wojskowego w Nysie, miał w Paczkowie dom z ogrodem po jakimś duchownym niemieckim. Przyjeżdżałem tam przez kilka lat z rodzicami, do 1951 roku. Potem przywoziłem jeszcze do Paczkowa moje dzieci z moją matką, która dalej odwiedzała tu swoją przyjaciółkę.

Dom, dobrze wyglądający na pierwszy rzut oka, wymagał ogromnego remontu, a właściwie gruntownej odbudowy. Potem trzeba było dokupić kolejny fragment gruntu na dojazd z drogi gminnej, fragment parku z opuszczoną suszarnią. Trzeba było rozebrać zniszczone budynki do przeróbki chmielu, zdemontować przeszkadzający transformator i kilkanaście słupów elektrycznych.

- Bywało, że jednego dnia rano przylatywałem samolotem do Paczkowa, a po południu wracałem do Warszawy - wspomina winiarz. - Ale tak naprawdę to miejsce i jego atmosferę stworzyła moja żona. Ja byłem tylko wykonawcą. Mówimy do dziś, że ten dom, to najmłodsze dziecko mojej żony. A potem już wchodziliśmy w Paczków coraz głębiej.

"Warszawka" lata samolotem Społeczność 8-tysięcznego Paczkowa, początkowo nieufna i ostrożna, dopiero po wielu latach zaakceptowała warszawskiego przedsiębiorcę.

- Pamiętam, jak pan Biernacki przyleciał pierwszy raz do Paczkowa swoim samolotem - wspomina burmistrz Paczkowa Bogdan Wyczałkowski. - Miejscowi ludzie, zresztą ja też, odebrali to bardzo negatywnie. Ot, "warszawka” przyleciała. Ma samolot i pewnie myśli sobie, co to nie on. Ale wystarczyła jedna rozmowa, żeby się przekonać, że to bardzo ciepły, sympatyczny człowiek ze znakomitymi pomysłami.

- Dawniej czułem tu wyraźną niechęć, a teraz czuję sympatię - mówi przedsiębiorca. - Zresztą doznałem od mieszkańców Paczkowa dużej życzliwości. Wiele osób poproszonych o pomoc zrobiło więcej, niż oczekiwałem. Wiele osób przynosiło mi drobne prezenty, stare przedmioty, które zostały w tym domu i pracują na jego nastrój.

W utrzymaniu domu, ogrodu i winnicy pomaga właścicielowi rodzina Żmudów. Ryszard Żmuda jest związany z pałacykiem od 15 lat, renowacja zabytku jest także jego zasługą. Warszawiaka zdziwiła kiedyś propozycja w miejscowej aptece, aby jego lekarstwa dopisać do rachunku, który pan Rysio "ureguluje jak zwykle”. Chwilę potem pan Rysio przyznał z uśmiechem, że przecież większość zakupów robi "na krechę”. W Warszawie to zupełnie nie do pomyślenia!

Paczków i stary dom na wzgórzu zaakceptowała cała rodzina Biernackich oraz ich przyjaciele. Spotykają się tu na weekendy co tydzień lub dwa, spędzając czas w swoim gronie. Syn chętnie przyjeżdża tu na narty w zimie, robiąc wypady w Kotlinę Kłodzką. Przyjaciołom z Warszawy spodobały się trasy wycieczkowe w góry, sąsiedztwo nowego sztucznego jeziora paczkowskiego, mnóstwo zieleni, malownicze śląskie miasteczka.

- Początkowo myślałem, że ten zakup to był błąd. Miałem równocześnie propozycję kupienia na cele rekreacyjne malowniczej ziemi na Mazurach, dwa razy bliżej od Warszawy - opowiada Marcin Biernacki - W ubiegłym roku pojechałem z synem na Mazury. Łódką trzeba było lawirować w tłoku między innymi łodziami, a mnie się zdarzało nie rozpoznać znajomych z Warszawy, bo mam problemy ze wzrokiem. Tu jest cisza, spokój, przemiły klimat, świetne miejsce na spacery. Kiedy jadąc z Warszawy mijam Częstochowę i Blachownię, nagle zaczyna się czuć Opolszczyznę i wjeżdżam do innego, urzekającego i malowniczego świata.

Pomysł do dyskusji Po dawnym przedwojennym folwarku w Paczkowie została jeszcze w sąsiedztwie stara, rozpadająca się stodoła. Ceglana ogromna budowla, długa na prawie sto metrów. Marcin Biernacki już kupił jej połowę od urzędu gminy. Teraz chce dokupić jeszcze drugą część i czeka, aż gmina wypowie obecnemu użytkownikowi, spółdzielni rolniczej, prawo użytkowania nieruchomości. Burmistrz Paczkowa Bogdan Wyczałkowski zapowiada, że może się to stać jeszcze w tym roku.
Coraz bardziej się boję, że jeśli nie zacznę remontu w ciągu najbliższych miesięcy, to nie uratuje się tego wspaniałego budynku - martwi się Marcin Biernacki. - Sąsiedni budynek już się zawalił.

W planach winiarza z Paczkowa wyremontowana stodoła mogłaby pomieścić tłocznię wina, probiernię, skład do leżakowania w specjalnie wykopanej piwniczce lub w przeszklonym dobrze zaizolowanym pomieszczeniu. Marcin Biernacki chce tu jeszcze umieścić swoją kolekcję starych samochodów, a jego żona Joanna myśli o galerii sztuki współczesnej. W razie potrzeby główne pomieszczenie można by zamieniać na salę widowiskową na odczyty lub koncerty.

- Chciałbym, żeby tu można było spróbować wina z mojej winnicy, o ile się będzie nadawało do picia - śmieje się właściciel.

- Wierzę, że projekt winiarni się uda - mówi burmistrz Wyczałkowski. - Pan Marcin to człowiek, który się nie zraża niepowodzeniami. Swoje zamierzenia realizuje powoli, ale skutecznie. A w naszej gminie przybędzie drugie, po muzeum gazownictwa, znakomite miejsce z atrakcją dla turystów.

Przeszczepiony na paczkowski grunt warszawiak ma jeszcze jeden, pomysł. Chce powołać fundację, której celem będzie organizowanie spotkań dyskusyjnych dla dziennikarzy, z udziałem najwybitniejszych naukowców i autorytetów społecznych. Chce rozmawiać o najważniejszych problemach współczesnego świata, osiągnięciach nauki, wynalazkach, które mogą zrewolucjonizować życie, o ekonomii i współczesnych losach narodów. Takie spotkania - dwudniowe sesje ze wspólną pracą i wypoczynkiem uczestników, wzorowane trochę na amerykańskim pomyśle, miałyby się odbywać właśnie w paczkowskiej winnicy.

To dobre miejsce na dobre pomysły - mówi Marcin Biernacki. - Mamy tu wszystko, co jest potrzebne do pracy, a jednocześnie tu ma się większy dystans do świata i spokój. Ja sam nie wybieram się na emeryturę. Życie ma dla mnie sens wtedy, gdy mogę coś robić. Gdybym musiał przestać, to chyba przestałbym żyć.

Nowa Trybuna Opolska, Krzyszto Strauchmann, 23 sierpnia 2008, "Chce, żeby Paczków słynął z dobergo wina"





Wybory 2010 lsk