Opole.Celniej.pl - Dekada Opolszczyzny
  • Marszałek Józef Sebesta świętuje zamiast rozliczyć nieudolnych koalicjantów. <i>Fot. Witold Chojnacki / GO</i>
    Marszałek Józef Sebesta świętuje zamiast rozliczyć nieudolnych koalicjantów. Fot. Witold Chojnacki / GO
  • Politycy lewicy najpierw bronili Opolszczyzny, ale potem potraktowali ją jak łup. <i>Fot. Witold Chojnacki / GO</i>
    Politycy lewicy najpierw bronili Opolszczyzny, ale potem potraktowali ją jak łup. Fot. Witold Chojnacki / GO

Dekada Opolszczyzny

Dziś mamy w Opolu kolejną fetę z okazji 10-lecia obrony samodzielności Śląska Opolskiego. Czeka nas konferencja na temat osiągnięć regionu i odsłonięcie pamiątkowego obelisku przed gmachem Urzędu Wojewódzkiego. Warto jednak przypomnieć, że mamy też inną rocznicę: pięć lat temu wybuchła korupcyjna afera ratuszowa i najważniejsi opolscy notable powędrowali w kajdankach za kratki. To równie ważna rocznica. W 1998 roku zjednoczone opolskie elity zaangażowały się w obronę regionu, ale w 2003 roku okazało się, że potraktowały uratowane województwo jako polityczny łup. Zamiast troski o wspólne dobro mieliśmy skok na stołki i kasę.

Dziś włodarze regionu próbują ożywić entuzjazm sprzed dekady i dziwi ich, że zwykli mieszkańcy Opolszczyzny nie podzielają ich żółto-niebieskiej euforii. Ale czy mają powody?. Opolszczyzna rozwija się wolniej niż ościenne regiony a opolskie elity są zajęte swoimi politycznymi gierkami. Nic więc dziwnego, że Opolanie są coraz bardziej rozczarowani ostatnią dekadą. W 1898 roku byli hurraoptymistymi, bo wmówiono im, że jesteśmy regionem silnym i prężnym. Ich oczekiwania zostały mocno wywindowane i trudno się dziwić, że dziś - gdy wiadomo już, że nie udało się spełnić tamtych obietnic - stali się pesymistami. Może nawet przesadnymi.

Wojna w rodzinie Opolskie elity zjednoczone ponad politycznymi podziałami w obronie zagrożonego województwa - oto mit założycielski ocalonego regionu. Jak każdy mit, oparty na półprawdach. Bo już w trakcie żółto-niebieskiej kampanii opolscy politycy kopali się po kostkach. Lewica wypominała wojewodzie Ryszardowi Zembaczyńskiemu, że angażuje się za mało, choć to on jako przedstawiciel rządu w terenie zaryzykował najwięcej i w końcu stracił stanowisko. Lewicowi włodarze Opola pozazdrościli popularności Obywatelskiemu Komitetowi Obrony Opolszczyzny i założyli konkurencyjne SOWO czyli Samorządową Obronę Województwa Opolskiego. A młode wilczki Z SLD paradowały z hasłami" My ojczyzny nie oddamy, jak te z AWSu- chamy".

A jak już region obroniono, to udawaną zgodę z dnia na dzień szlag trafił. Opolski AWS nie bronił Zembaczyńskiego, gdy rząd odwoływał go za nieposłuszeństwo. Był murowanym kandydatem na marszałka, ale na to nie zgodził się lider mniejszości niemieckiej Henryk Kroll, który wykorzystał okazję, by zemścić się na Zembaczyńskim za to, że jako wojewoda patrzył mniejszości na ręce. Na przykład kontrolując pomniki żołnierzy niemieckich. Warto przypomnieć, że były wojewoda zarejestrował się wtedy jako bezrobotny, by - jak tłumaczył - mieć prawo do opieki medycznej.

W nowych władzach regionu nie znaleziono też miejsca dla bohaterów obrony regionu: Janusza Wójcika z OKOOP-u czy Ryszarda Wilczyńskiego, który był w 1998 roku przewodniczącym Sejmiku Samorządowego. A rządząca ekipa marnowała czas na kłótnie: marszałek Stanisław Jałowiecki prawie nie rozmawiał z wojewodą Adamem Pęziołem, choć obaj byli z AWS. Opolanie mieli wtedy okazję wykorzystać znakomite układy Pęzioła w Warszawie, ale tego nie zrobili, bo nie był swojakiem, ale nieakceptowanym "wojewodą z Rzeszowszczyzny". Tak pokracznie rozumiano wtedy "patriotyzm lokalny".

Wielki skok na stołki... Doskonałym symbolem opolskiej polityki ostatniej dekady może być taktyka mniejszości niemieckiej, która ma coraz mniejsze poparcie, ale świetnie trzyma się stołków. Złośliwi mówią, że nie ma poglądów ani programu, ma za to interesy do załatwienia.

Najpierw mniejszość rządziła z centroprawicą z AWS i Unii Wolności. Gdy w 2001 roku wybory parlamentarne wygrała lewica, zaczęły się targi. Poseł Kroll mówił co prawda, że "my na Śląsku nie uznajemy rozwodów", ale chyba tylko po to, by podbić stawkę. Bo na początku 2002 roku mniejszość rozwiodła się z prawicą i ożeniła z SLD: w zamian dostała stanowisko wicewojewody i fotel marszałka dla Ryszarda Galli.

Po wyborach w 2002 roku straciła stanowisko marszałka na rzecz Ewy Olszewskiej z SLD, ale zachowała kluczowe stanowiska w Urzędzie Marszałkowskim. I zachowała je do dziś: to w jej rękach są resorty gospodarcze i te, które odpowiadają za unijne pieniądze. Koalicjanci się zmieniają, ale to mniejszość trzyma od dekady najważniejsze sznurki.

...i na kasę Polityczny podział intratnych urzędowych posad to w demokracji norma. Tak ten system działa. Ale opolskie elity zafundowały nam coś więcej: korupcję na naprawdę niespotykaną skalę. Nigdzie w Polsce nie wyaresztowano pod zarzutem brania łapówek całej rządowo-samorządowej regionalnej elity. Tu mamy pierwsze miejsce w kraju: na ławę oskarżonych trafili Leszek Pogana, były prezydent Opola a potem wojewoda, oraz Ewa Olszewska, była wiceprezydent a potem marszałek Opolszczyzny. Do tego trzeba doliczyć śmietankę parlamentarną: prokuratorskie zarzuty ma były opolski baron SLD Jerzy Szteliga i opolska "lwica lewicy" Aleksandra Jakubowska.

Ten ostatni przypadek jest szczególny. To przecież Jakubowska wymyśliła hasło "Nie ma ojczyzny bez Opolszczyzny" i naprawdę sporo zrobiła, by region wybronić przed likwidacją. A potem potraktowała Opolszczyznę jako swój prywatny folwark: nie tylko decydowała o karierze lokalnych urzędników, ale także dorabiała się na korupcyjnym układzie przy ubezpieczaniu Elektrowni Opole. Akt oskarżenia jest już w sądzie, niewykluczone, że już za kilka miesięcy zobaczymy Jakubowską na ławie oskarżonych. Leszek Pogan będzie już wtedy odsiadywał resztę z pięcioletniego wyroku. Nie ma ich wśród świętujących 10-lecie obrony regionu, choć byli wtedy na pierwszej linii frontu.

Polityka na niby Ostatnie polityczne rozdanie dopuściło do władzy nową ekipę. Do pierwszej ligi regionalnych polityków wrócił Ryszard Wilczyński, awansował młody Tomasz Kostuś i, co najważniejsze, marszałkiem został kojarzony dotąd wyłącznie z wielkim biznesem Józef Sebesta. Cały szkopuł w tym, że ta nowa ekipa gładko weszła w buty poprzedników, wpasowała się w układ zbudowany przez mniejszość niemiecką dekadę temu. I już zaczyna za to płacić, zaliczając wpadkę za wpadką. Sebesta z mozołem próbuje sfinalizować sprawę lotniska w Kamieniu, którą rozpoczęła poprzednia ekipa SLD-Mniejszość Niemiecka. Niestety, projekt był prowadzona tak fatalnie, że dziś trzeba zapłacić 24 miliony złotych za lotnisko, które prywatny biznesmen, niedoszły partner regionu, kupił kilka lat temu za 2,2 miliona. Sebesta potknął się też na Dinoparku, którym zainteresował się zdecydowanie za późno. Być może ufał, że odpowiadający za Dinopark politycy mniejszości zadbają o interes regionu. I boleśnie się zawiódł: gmina Ozimek sama znalazła inwestora, kompletnie lekceważąc propozycje marszałka. W efekcie samorząd województwa, który od 2000 roku włożył w Dinopark kilka milionów złotych, nie ma tam dziś nic do gadania. Czy Sebesta pociągnął kogoś do odpowiedzialności za błędy? Nie zrobił nic, bo ręce wiąże mu koalicyjny układ. Nawet jeśli panowie kłócą się w zaciszu gabinetów, to na zewnątrz udają, że wszystko jest w porządku.

W rezultacie mamy dziś na Opolszczyźnie politykę na niby. Nie ma twardej rywalizacji partii mających wyraźną wizję rozwoju regionu. Takich, które po wygranych wyborach przejmują całą władzę i całą odpowiedzialność. W zamian mamy za to powielający się po każdych wyborach układ polityczno-personalnych powiązań i zależności, w którym rozmywa się odpowiedzialność za region.

I tego przygnębiającego faktu nie przesłoni najpiękniejszy nawet obelisk.

Gazeta Opolska, Marek Świercz 18 lipca 2008, "Dekada Opolszczyzny, czyli jak elity nie zdały egzaminu"





Wybory 2010 lsk