Opole.Celniej.pl - 10 lat obrony Opolskiego
  • Od lewej: Jarek Cavour, Michał Jankowski, Łukasz Klag, Tomasz Hornik: - Wyszliśmy na ulice, bo władza z nas zakpiła. <i>Fot. Paweł Stauffer</i>
    Od lewej: Jarek Cavour, Michał Jankowski, Łukasz Klag, Tomasz Hornik: - Wyszliśmy na ulice, bo władza z nas zakpiła. Fot. Paweł Stauffer

10 lat obrony Opolskiego

Na tamtym zdjęciu sprzed dziesięciu lat mają pomalowane twarze. Bo wtedy wszystko, co przeciwne rządowi, malowało się w takich barwach. Jarek: - No było poczucie dyskomfortu. Bo wtedy wszystko zostało postawione jakby na głowie: Rząd był w zasadzie prawicowy, stworzony z AWS i UW, i nasze poglądy też po tej samej stronie. A tymczasem lewica biła w wojenne bębny przeciw tak pomyślanej przez rząd reformie administracyjnej kraju, więc na logikę powinniśmy się do niej garnąć.

I to był pierwszy powód dyskomfortu: bo jakże to możliwe, by w odruchowo, esencjonalnie wręcz prawicowym, konserwatywnym regionie znajdować sojusznika po lewej?

Ale na wojnie w sojusznikach się nie wybrzydza. Bierze się takich, jacy są. A lewica miała sejmowe szable.

Łukasz: - Drugi powód dyskomfortu to było poczucie, że - jakże to - z jednej strony zewsząd gadanie o upodmiotowieniu społeczeństwa, że jesteśmy we własnym domu, że nic o nas bez nas, a tu raptem bęc - i ktoś z rządu bez pytania wchodzi do tego domu, przestawia ściany, każe zmieniać dowody osobiste, mebluje na nowo wedle własnego widzimisię. Więc hola! - może jednak byłoby ładniej zapytać tych, co tu mieszkają, czy podobają im się zmiany? Cóż to za sowieckie metody? Przychodzi władza, coś każe, a my mamy mołczat' i ruki po szwam?!
Właśnie dlatego dziesięć lat temu tak się zeźlili, że zanim Jarek skończył proponować: a może byśmy zablokowali jakąś drogę - już ją blokowali. Zastawili samochodami wjazd na rondo w Opolu, to od strony wylotu na Wrocław.
Zablokowali, stoją i patrzą, co się będzie dziać. Bo może policja przyjdzie, mandaty powlepia, kierowcy się wściekną, każą spadać, drogi nie tarasować.
Ale dziesięć lat temu jak ktoś się pomalował na żółto-niebiesko, na samochodzie miał flagę regionu, to blokować mógł co chciał i jak chciał.

Bo policjantów też wkurzała bezceremonialność rządowych planów podziału województwa, więc odwracali głowy, po prostu nie widzieli, że ktoś coś tam blokuje. A kierowcy nie biegli po pomoc policji, bo też ich wkurzała ta rządowa wyniosłość wobec poddanych mu szaraczków. Stali spokojnie w korku, najwyżej trąbili, żeby dać znać, że są solidarni z tymi, co tamują.

Tomek: - Niekoniecznie trzeba od razu wznosić barykady. I oby nigdy nie było trzeba. Ale takie obywatelskie nieposłuszeństwo jest czasem konieczne. Bo ci, którzy rządzą, szybko się uodparniają na krytykę. Przestają ją zauważać, a jeśli już zauważą, łatwo ja oswajają myślą, że to całe ludzkie szemranie, narzekanie to zwykły, naturalny akompaniament do rządzenia. Że widać tak musi być: ci rządzą, ci szemrzą. I że jest OK. A wtedy nie było, bo przebrali miarkę. Bo swym zarozumialstwem nas obrazili.

Łukasz: - Rząd wtedy sypał w mediach wyliczeniami, że takie to a takie województwo nie ma racji bytu, a w tych województwach ludzie bronili się, najmowali własnych ekspertów, którzy z kolei wyliczali, że nieprawda, że rząd nie ma racji, że inni to mogą iść do piekła, ale oni, ich region musi pozostać. Bądźmy szczerzy: komu się chciało analizować, którzy eksperci mają rację, a którzy nie? Która strona chce dobrze, a która kombinuje, by tylko jej było wygodnie? Kto by wieczorami zadręczał się analizowaniem wykresów, porównywaniem tabel? Obowiązywało takie myślenie: Jeśli uważasz, że tym razem chłopaki z rządu przegięli, to maluj twarz na żółto-niebiesko i walcz!

Tomek, Łukasz, Jarek, Michał, mieli wtedy po dwadzieścia kilka lat. A w tym wieku człowiek może być dla rządu dolegliwy, bo ma sporo czasu i niewiele zobowiązań. I lęków, że jak się w coś wda politycznego, to szef go wezwie i powie: w mojej firmie się robi kapuchę, a nie politykę, więc wybieraj.

Ten transparent "Opole opolskie" szyła mama Jarka Też zła, że rząd wydaje się przekonany, że wie lepiej, co dla ludzi dobre. Łukasz: - To zresztą było wtedy ciekawe, że bunt nie był pokoleniowy, jak zwykle to bywa, ale ponad pokoleniami. Wszyscy nosili żółto-niebieskie wstążki, a rodzice bez problemów puszczali dzieciaki na różne akcje. Bo też i obowiązywała zasada: zero przemocy. Więc jak przechodzenie przez jezdnię tak, by zatamować ruch samochodów, to przechodzenie tylko po pasach. A jak jajka dla rządu, to nie takie, przed którymi ochroniarze muszą zasłaniać notabli specjalnymi parasolami, tylko jajka słane na widokówkach. Wielkanocne.

Ten transparent szyła mama Jarka: - Jak w jakiejś powstańczej legendzie - śmieje się dziś Jarek.

Pojechali z nim do Warszawy. Wtedy, gdy dziesiątki autobusów powiozły Opolan do stolicy, by pod Sejmem i na ulicach poinformować kraj, że nie ma mowy, byśmy się mieli zgodzić na podział Opolszczyzny między Katowickie a Wrocławskie. Czas już zrobił swoje: Tomek, Łukasz i Jarek nie pamiętają dziś szczegółów tamtej manifestacji, ale jedno tak: warszawiacy, którzy mają dość co rusz jakichś manifestacji na swych ulicach, pochód uśmiechniętych Opolan rozdających kwiaty witali bardzo przyjaźnie. Jarek: - Mimo starań, utrudnialiśmy ruch, ale oni nie mieli pretensji. To było bardzo fajne, ciepłe przyjęcie.

A potem, po tych wszystkich bojach, marszach, blokadach - bal radości. Już w Opolu, na placu Wolności, zaraz po tym, jak Sejm klepnął wreszcie ustawę.
Tomek: - To był dopiero fenomen! Gorący wieczór, mnóstwo ludzi na placu, co rusz jakiś stragan, z piwem za darmo, z pajdami chleba ze smalcem, tu jakiś powiat zaprasza, tam gmina, tu strażacy, a tam jakiś zespół trębaczy. Ludzie siedzą na murkach, ławkach, leżą na trawnikach, gdzie popadnie. Całe rodziny z kocykami, kibole z flagami klubów, single i klasy szkolne - wszyscy z piwem w dłoniach i zero bluzgów, dymów, zaczepek. Można się było przysiąść do nieznajomych, pogadać jak ze starymi kumplami, wystarczyło mieć wstążkę żółto-niebieską, by być swoim gościem. Znajomym z tej samej strony barykady. To było takie fajne uczucie, którego nikt nie musiał wtedy opisywać, ale które każdy czuł: radocha, że wygraliśmy. A przede wszystkim, że graliśmy cały czas fair - bez awantur, złych słów, złych emocji. Że Opolanie to taka kategoria ludzi, gdzie nikt nie pyta, skąd jesteś, skąd pochodzisz, że skoro chcesz być z nami, to już jesteś.

Ale emocje nie mogą buzować w nieskończoność Przychodzi codzienność, a z nią konieczność prowadzenia rachunków, interesów, wiązania końca z końcem, rozglądania się i oceniania: no i cośmy tak właściwie wygrali?

Jarek: - Że miny czasem rzedną, to normalne. Bo na co dzień trzeba się potykać o różne drobiazgi. Zawsze gdy kończy się coś wielkiego, patetycznego, na przykład obrona województwa, widać, ile spraw pozostaje do załatwienia. Po każdym wielkim balu przychodzi czas na posprzątanie sali, poustawianie krzeseł...
Jak tak siedzimy przy stoliku i patrzymy na to ich zdjęcie sprzed dziesięciu lat, to Jarek mówi:

- Miałem wtedy kumpla, który nie owijał w bawełnę: jak rywalizowali o prezydenturę Zembaczyński z Synowcem, mówił: zobaczę, który wygra, i zapiszę się do wygranych. No i co robić z takim klientem? Ilu w ogóle jest takich?

Łukasz: - Zawsze tacy byli i będą. Przecież nie anioły broniły województwa. Tomek: - Natura ludzka się nie zmienia ot tak. Wielu z nas przeciwstawiało się rządowi przecież także z czystego egoizmu. Lepiej mieć władzę, jakakolwiek by była, pod nosem, zamiast peregrynować do niej gdzieś do Wrocławia czy jeszcze gorzej - Katowic. Było i takie myślenie: W urzędzie we Wrocku to ja będę jakiś burak z prowincji, a nie czarujmy się - w Polsce źle jest być burakiem, gdy chce się coś załatwić. W małym województwie, w jeszcze mniejszym Opolu, to ja - klient - nie ma siły, żebym kogoś nie znał, kto pomoże, gdy trzeba.

Jarek: - No, było takie myślenie: małe jest fajne, bo łatwiejsze do ogarnięcia, więc w sam raz do sprawnego rządzenia. Ale z drugiej strony takie małe coś łatwo staje się zatęchłe. Brakuje oddechu, rozmachu.

Oczywiście rozmowa schodzi na Rynek w Opolu i na autostradę. Mówią, że gdyby debaty o Rynku można było przełożyć na jakiś konkret, dawno byłoby pod ratuszem Las Vegas. Ale przełożyć się nie da, więc od lat trwają debaty: a ile ogródków, a do której, a czy nie za głośno, a kto idzie spać i czemu nie może spać przy otwartych oknach... No ręce opadają, bo miało być przecież prężnie, sprawnie...

Jarek pracuje w nieruchomościach, więc mówi, że jak przychodzi do urzędu, a chce plan zabudowy, to musi co najmniej miesiąc odczekać. A w takim Wrocku w urzędzie to są prawie tak namolni jak sprzedawcy w supermarketach, którzy nie zostawią klienta w spokoju bez pytania: w czym pomóc?

No i ta autostrada. Słodki Jezu! Tony analiz, sprawozdań, tygodnie narad, a jak się jedzie od Wrocławia do Katowic, warto zatankować i zjeść jeszcze w dolnośląskim, bo potem trafia się na Opolszczyznę, czyli "czarną dziurę".
Więc Tomek, Łukasz i Jarek, gdy tak sobie siedzimy przy stoliku nad tym ich zdjęciem z transparentem "Opole opolskie", chcieliby zapytać, czy tym od rządzenia regionem nie potrzeba jakiejś polityczno-gospodarczej viagry? Czy ich samych nie nudzą w kółko tłumaczenia, dlaczego się coś "nie da"?

Tamten bunt sprzed dziesięciu lat - tłumaczą - miał swoją poetykę, napięcie, legendę, nawet urok. Ale ogromny błąd zrobi ten, kto spróbuje zamknąć go wklejaniem zdjęć do rodzinnych albumów i przywieszaniem sobie odznaczeń. Bo wtedy nie tylko daliśmy rządowi po paluchach, ale też zobaczyliśmy, że wiele razem możemy, jeśli...

Jarek: - Myślę, że już w samym Opolu nas nie stać na tracenie czasu. Wpadliśmy ze skrajności w skrajność: z miasta, które stało się symbolem korupcji, staliśmy się miastem, gdzie korupcji nie ma, bo też prawie nic się nie dzieje.
Tomek: - Nie udawajmy, że nie słychać głosów: za Pogana i ekipy chłopcy robili brzydkie rzeczy, ale dźwigi się kręciły. Ktoś coś budował, kombinował, był ruch w interesie.

Przez tych dziesięć lat pozakładali rodziny, weszli w interesy, mało przypominają chłopaków z żółto-niebieskimi twarzami ze zdjęcia sprzed dziesięciu lat. No i trochę goryczy nabrali, jak każdy, kto młodzieńcze marzenia i fantazje zaczyna konfrontować z rzeczywistością.

Tamten transparent gdzieś im się zapodział. Ale, jak mówią, gdyby jakiemuś rządowi znów przyszło do głowy majstrować przy naszej Opolszczyźnie, wystarczy do nich zadzwonić.

Na demonstrację do Warszawy pojadą i jeszcze młodszych kolegów zabiorą.

Nowa Trybuna Opolska, Mirosław Olszewski 6 czerwca 2008, "Świętujemy 10 lat obrony Opolszczyzny"





Wybory 2010 lsk